PODRÓŻE

Moja październikowa Lizbona

Portugalia, jako kraj, który pragnęłam zobaczyć, od dawna widniała na mojej liście celów. Taki mój wymarzony „koniec świata”… Wreszcie plan udało się zrealizować i późnym popołudniem jednego z ostatnich dni października znalazłam się na zachodnim końcu Europy.

Dotarcie na miejsce 

Mimo późnej pory i późnego października 😉 Lizbona zgotowała powitanie bardzo słoneczne (Londyn, co do niego podobne, oczywiście żegnał chłodno i deszczowo). Po opuszczeniu terminalu lotniska obrałam kurs na metro, a stamtąd do dzielnicy Baixa-Chiado, gdzie trzeba było odebrać klucze do naszego lokum. W recepcji powitano nas bardzo ciepło, zaproponowano również podwiezienie, ale… Komu chciałoby się czekać dwadzieścia minut na kierowcę, kiedy ta sama droga pieszo zabierała dziesięć minut? Wybrałam więc wieczorny spacer.

„Apartament” okazał się dużym rozczarowaniem, niestety. Wyszukując miejsce na nocleg dotarłam do zdjęć, w których można było się zauroczyć. Jednak po przyjeździe okazały się one jedynie doskonałym wytworem photoshopa… Rzeczywistość okazała się mniej doskonała, he he. Ale przecież nie pojechałam tam, aby siedzieć w pokoju, prawda? Poza tym mając do dyspozycji tylko kilka dni nie można sobie pozwolić na marnowanie czasu i zamartwianie się nieistotnymi sprawami, tak czy nie? 😉

Dzień pierwszy

Zaczęliśmy więc intensywnie od samego rana. I choć stolica Portugalii obudziła się w deszczu, to w ciągu dnia rozpogodziło się do tego stopnia, że po południu termometr wskazywał dwadzieścia siedem kresek (październik!) 
Wstaliśmy i na dzień dobry czekał nas kilkuminutowy spacer do miejsca, w którym serwowano śniadanie. Pyszne – z mnóstwem owoców i słodkościami do „kawusi”. Tak, Portugalczycy lubują się właśnie w „kawusi” – po śniadaniu, po obiedzie i po kolacji  😉
Następne kroki skierowaliśmy ku Praca do Comercio, gdzie, można powiedzieć, wszystko się zaczyna. Ze wspomnianego placu rozpoczyna się wiele ciekawych tras, a także odjeżdżają autobusy i tramwaje. My jednak postanowiliśmy zagubić się w uliczkach Alfamy, której wygląd jest od wieków niezmienny, ponieważ, jako jedynej, nie dotknęło jej trzęsienie ziemi, które miało miejsce w 1755 roku.

Alfama jest naprawdę duża (kiedyś nawet była odrębnym miastem!) i skromna. Można nawet powiedzieć, że biedna, jednak to tym bardziej dodaje jej uroku. Powystawiane przed drzwi donice z niespotykanymi roślinami i kolorowe pranie porozwieszane wysoko na sznurach, kiedy tylko zadrzemy głowę do góry 😉 

Dzień drugi

Kolejnego dnia już z samego rana wyszliśmy odziani w krótkie spodenki i koszulki bez rękawów oraz w pozytywne nastawienie 😊 Intuicja podpowiadała, że to będzie wyjątkowy dzień i rzeczywiście taki był!
Po obfitym śniadaniu chcieliśmy odnaleźć słynny pchli targ, Feira de Ladra (dosłownie „jarmark złodziejski”), gdzie można kupić dosłownie wszystko. Od starych monet, znaczków i używanych zabawek, przez gry, płyty, filmy „dla dorosłych”, po… żarówki 😂

I już wyruszaliśmy w obranym kierunku, kiedy zaczepił nas kierowca Tuk-Tuka. Targ musiał poczekać, ponieważ skorzystaliśmy z oferty i na pokładzie tego elektrycznego pojazdu odkrywaliśmy zabytki i znajdowaliśmy wspaniałe punkty widokowe.

Chciałabym tutaj podzielić się zdjęciami, ktore udało mi się zrobić, ale zabrakłoby mi wtedy miejsca na tekst! Zapraszam więc na Instagrama. Znajdziecie tam ode mnie między innymi słówko o Alfamie, windzie Santa Justa, Parku Edwarda VII i innych ciekawych miejscach.

Dzień trzeci

Tego dnia miał być wypad nad morze poza Lizbonę, ale pogoda pokrzyżowała nam plany. Nie dość, że popadywało, to nie było także zbyt ciepło. W drodze na śniadanie doświadczyłam, jak śliskie potrafią być lizbońskie chodniki po deszczu (o tym, że właściwie non stop idzie się albo pod górke, albo z górki, już nie będę się rozpisywać) – zaliczyłam upadek i to ani przyjemny, ani zgrabny… Taki najzwyklejszy na „cztery litery” 🤣

Nie przejmując się pogodą, zakupiliśmy bilety na autobusy (tramwaje i łodzie też) CitySightSeeing i wybraliśmy się do Belem. Po drodze zahaczyliśmy o Park Edwarda VII, gdzie mieliśmy kolejne cudowne widoki. Po nacieszeniu oczu ruszyliśmy do Muzeum Powozów, gdzie znajdują się niesamowite karoce niczym z bajki o Kopciuszku (coś dla dziewczynek) 😉

Następnie osławiony Klasztor Hieronimitów i Wieża Belem, w której w roku 1834 przez miesiąc więziony był nasz rodak, generał Józef Bem.

Stamtąd na łódkę – płynęliśmy Tagiem z powrotem do placu targowego Praca do Comercio.

Ta podróż to było zaległe celebrowanie moich urodzin dwudziestego października 😊 Spokojny bieg rzeki, niesamowite widoki, lampka wina od mojej „lepszej połówki” (dziękuję ❤), nastrojowa muzyka… Tego mi było trzeba. To był cudny dzień!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *